Dwa słowa o MVP, czyli historia o minimalnym produkcie, który dojrzewał dłużej, niż planowałam

Ten tekst jest o MVP, które miało być szybkim startem, a zostało ze mną o rok za długo. O robieniu rzeczy „na chwilę”, o bezpiecznych prowizorkach, które z czasem zaczynają się rozgaszczać i udawać rozwiązania docelowe. O momencie, w którym minimalny produkt przestaje mieć sens, choć formalnie „nadal działa”. Z dystansem, z lekkim uśmiechem i bez bicia się w pierś ,raczej z refleksją, którą dobrze zna każdy, kto coś buduje od zera.


MVP, MTV i wielle innych ciekawych skrótów.

Dziś dwa słowa o MVP, ale spokojnie, nie o tym MVP z definicji, slajdów, szkoleń i checklist, które kończą się hasłem wypuść szybciej byle co;)

Jest o moim MVP.

O minimalnym produkcie, który miał być szybkim początkiem, a w praktyce okazał się długą, rozciągniętą w czasie drogą. Drogą, która, z perspektywy czasu, trwała co najmniej o rok za długo 🙂

Nie piszę tego tekstu, żeby się rozliczać z przeszłością ani straszyć kogokolwiek błędami. Piszę go, bo to bardzo dobra historia o tym, jak teoria MVP spotyka się z rzeczywistością osoby, która myśli analitycznie, bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, wie jak powinno działać MVP ale w realnym świecie teoria często nie pasuje do praktyki;))

Zanim pojawiło się MVP, kim ja wtedy byłam i o co chodzi z helikopterem?

Ponad pięć lat temu po raz pierwszy uznałam, że chcę mieć swoje miejsce w internecie. Nie profil, nie kanał, tylko przestrzeń, w której mogę edukować, porządkować, tłumaczyć i opowiadać o analizie biznesowo-systemowej, nie tylko jako o roli w IT, ale jako o sposobie myślenia i pracy z rzeczywistością projektową.

Chciałam pokazywać, jak narzędzia analityczne da się stosować w codziennych praktykach. Jak pomagają podejmować decyzje, prowadzić warsztaty, porządkować chaos i ogarniać złożone inicjatywy, które często żyją własnym życiem. Bez lukru, bez coachingu, bez obietnic szybkiego sukcesu i „7 kroków do…”.

Mam z tamtego czasu notatki. Papierowy notatnik, zapisany drobnym pismem. Jest tam rozpisana wizja przyszłości: produkty edukacyjne, kursy, stabilność finansowa. Jest też, i to mnie do dziś rozbraja, zdanie, że: „Jak to wszystko dobrze pójdzie to będę normalnie latać helikopterem do pracy…” TIAAA…

Helikoptera nie ma. Produktów wtedy też nie było. Nie było nawet strony internetowej.

Temat, mówiąc brutalnie, umarł śmiercią naturalną. Nie dlatego, że był zły. Raczej dlatego, że zabrakło decyzji, żeby zrobić cokolwiek, nawet niedoskonałego. A niedoskonałość, jak się później okazało, była dokładnie tym, czego wtedy potrzebowałam.

Próby reanimacji, czyli wszystko, co trafiło do szuflady (i tam zostało)

Po drodze była jeszcze jedna próba powrotu do tego pomysłu. Wtedy było inaczej. Był przygotowany plan operacyjny, był diagram klas pod moją nową, innowacyjną platformę edukacyjną. Boże – czego tam nie było. Podcasty, kursy, webinary, warsztaty, spotkania w małych miejscowościach, edukacja analityczna (co Pan/i sobie wymyśli to było w mojej platformie) Ba! ja nawet nagrałam serię podcastów. Merytorycznych, przemyślanych, nagranych z zaangażowaniem i poczuciem, że to już jest naprawdę sensowne

I… nic się z nimi nie wydarzyło.

Nie trafiły do ludzi. Nie zostały opublikowane. Znów zabrakło tego momentu, w którym mówi się: OK, to wystarczy. Wypuszczamy. Zobaczymy, co się stanie.

Z perspektywy czasu widzę bardzo wyraźnie, że to nie był problem braku kompetencji, wiedzy czy pomysłu. To był problem odpowiedzialności za własny produkt. Za to, że ktoś go zobaczy, oceni, skomentuje. Albo, co zawsze boli najbardziej, zignoruje kompletnie.

Punkt zwrotny: „teraz albo nigdy” i decyzja o newsletterze (bez fanfar)

Półtora roku temu coś się we mnie przestawiło. Pojawiła się bardzo konkretna myśl: albo robię to teraz, albo nie robię tego wcale. Bez wielkich deklaracji. Bez planów na pięć lat do przodu.

Nie zaczęłam od kursów. Nie zaczęłam od oferty. Nie zaczęłam nawet od ładnej strony.

Zaczęłam po prostu od newslettera.

To był mój pierwszy świadomy MVP. Produkt minimalny, ale realny. Coś, co można wysłać do ludzi. Coś, co wymaga regularności, ale nie perfekcji. I, co ważne, coś, co bardzo trudno chować do szuflady. Newsletter był bezpieczny 🙂

Założyłam stronę internetową z formularzem zapisu. I nie będę tu owijać w bawełnę, ta strona była paskudna. Techniczna, toporna, nieprzemyślana wizualnie. Spełniała jedną funkcję: pozwalała zapisać się na newsletter.

I dokładnie tyle miała robić. Ani grama więcej.

Równolegle prowadziłam LinkedIna i Instagrama. Testowałam różne formy, również wideo. Uczyłam się świata, którego wcześniej w ogóle nie znałam: publikowania, narracji, reagowania na feedback i bycia widoczną, nawet gdy wolałoby się jeszcze coś dopracować.

Finalnie jednak bardzo szybko okazało się, że rdzeniem wszystkiego jest pisanie. Newsletter stał się centrum tej działalności i dziś wiem, że to była bardzo dobra decyzja.

MVP, które działało… i które zaczęło się rozgaszczać

Początki były naprawdę obiecujące, bo choć na start nie było jakoś szalenie dużo czytelników, to odsetek czytelności był naprawę imponujący, ponad 80% ludzi zaglądało do newslettera 🙂 oczywiście można tu powiedzieć, że tych ludzi nie było wielu na starcie stąd imponujący procent, że może klikali tylko, żeby nie mieć wiadomości w trybie „nieodczytane” – ale dostawałam pytania, feedback i informacje o tym, że ludzie z czymś np.: średnio się zgadzają 😉 – stąd wiedziałam, że czytają.

I przez długi czas… to mi wystarczało. Równolegle leciałam z warsztatami dla firm, konsultacjami, spotkaniami i konferencjami. Tworzyłam treści na sociale, uczyłam się prowadzenia tej niełatwiej działalności od zera. Ogień i dym 😉

Ale … strona internetowa, która powinna być moją wizytówką, przez półtora roku była turbo prowizorką;) a wiecie jak to z prowizorkami:) 

Problem polegał na tym, że MVP przestało być etapem przejściowym, a zaczęło zachowywać się jak pełnoprawny lokator. Zostawało jeszcze chwilę, a ta chwila niepostrzeżenie zamieniła się w rok.

Z perspektywy czasu widzę bardzo wyraźnie, że:

  1. MVP spełniało swoją funkcję -fakt,
  2. ale ja za długo nie pozwalałam mu przestać być MVP.

Dlaczego to MVP trwało o rok za długo (czyli klasyka gatunku)

Powodów było kilka i wszystkie są bardzo ludzkie.

  1. Uczyłam się wszystkiego sama i długo wierzyłam, że co ja nie zrobię! podaj mi piwo:)
  2. Profesjonalizacja wydawała mi się ogromnym zobowiązaniem, na które jeszcze nie jestem gotowa.
  3. Skupiałam się na treści, odkładając formę na magiczne później. Ba! Powiem więcej, ja żyłam w przekonaniu, że jak coś będzie za ładne to takie trochę infantylne i dobry produkt obroni się bez otoczki… o ja naiwna ;D
  4. Decyzję o zmianie ciągle przesuwałam, bo przecież to jeszcze działa – wszyscy to znamy.

Minimalny produkt stał się bezpieczną przystanią. A MVP nie jest po to, żeby było bezpieczne. Jest po to, żeby było tymczasowe. Żeby sprawdzić pewne założenia ale w międzyczasie je rozbudowywać do docelowego produktu.

Decyzja o współpracy i moment, w którym coś się domknęło

Po półtora roku działalności newsletterowej dotarło do mnie bardzo wyraźnie, że dalej sama nie pociągnę tego w sensowny sposób. Weszłam we współpracę z Ulką Kluz https://ulakluz.pl/ i to był moment przełomowy.

Nie zaczęłyśmy od projektowania strony. Zaczęłyśmy od strategii:

  1. kim jestem,
  2. do kogo mówię,
  3. czym realnie się wyróżniam,
  4. jaki przekaz chcę zostawić.

Dopiero potem powstała strona, która nie tylko ładnie wygląda, ale odpowiada na moje potrzeby i na potrzeby odbiorców. Strona, która porządkuje ofertę, pokazuje kierunki i domyka całość.

To już nie jest MVP. To jest produkt gotowy do dalszego rozwoju.

PS. Jeśli chcecie tworzyć wartościowe strony internetowe i całe strategie działań to rekomenduję Ulkę każdym centymetrem mojego ciała!

Co dalej i jaka jest moja największa lekcja o MVP

Teraz zaczyna się kolejny etap: obserwowanie zachowań użytkowników, dobieranie sensownych mierników i uczenie się pracy z danymi bez popadania w obsesję SEO i produkcję treści pod algorytmy.

Czy polecam podejście MVP ? OCZYWIŚCIE. Pozwala wystartować bez pakowania dużych pieniędzy, bez nadęcia i bez presji perfekcji. Ale warto uważać, żeby nie pilnować go zbyt długo, bo wtedy z narzędzia do testowania staje się wygodną wymówką przed kolejnym krokiem.

A teraz zapraszam Cię do poklikania po stronie 🙂 Może znajdziesz tu coś dla siebie 🙂

Jeśli newsletter ma sens, to się go czyta. 
83% zapisanych robi to co dwa tygodnie.

Tu nie ma marketingowych sztuczek – tylko solidna porcja analitycznego mięska.